Koktajlowy natłok uczuć

Niby znikąd 
pojawiła się pustka. 
Pustka.
Wszechogarniająca pustka rozrywająca każdy najmniejszy kawałek mojego ciała. Każdą jego komórkę, znajdując swoje centrum w klatce piersiowej.
Płytki oddech, przyspieszone bicie serca. Serce bije jakby chciało wyrwać się z piersi wyłamując z trzaskiem żebra.
Szum w uszach, boli głowa.
Już nic nie widzę.
Nie, to nie moja głowa. Na swoje ręce patrzę jakby nie były moje. Rozglądam się po pokoju i wydaje mi się jakbym oglądała jakiś film.
Czy umieram?
Udar? Zawał? Nie, przecież jestem na to za młoda.
A może jednak? 
Kiedy to się skończy!? Czy za chwilę ujrzę ciemny tunel, na końcu którego widnieje białe światło? Zapewne tam podążę...
Może zaraz coś się stanie- uderzy piorun, nastąpi trzęsienie ziemi albo pojawi się jakiś inny kataklizm? Może zaraz się obudzę, wstanę szczęśliwa i pełna energii, śmiejąc się w myślach, że to był tylko sen?
Ale nic się nie dzieje.
Nic się nie stanie.
Wracam do mojego pokoju. 
Cisza. 
Nic się nie stało.
Szum w uszach ustał.
Patrzę na swoje smukłe dłonie, które wciąż wydają się jakby nie były moje.
Może się obudzę? Czy śnię?

Nie.
Ja żyję.
Ale nie żyję.
Wegetuję.
Wegetacja kiedyś się kończy...
To ode mnie zależy kiedy się skończy. Mogę przeżyć tak całe życie i dopiero na łożu śmierci dostać olśnienia…
Bach!
I wtedy pomyślę, że mogłam je przeżyć zupełnie inaczej.
Ale mogę też...
zrobić coś...
teraz.

Nie mogę zmienić życia, ale mogę zmienić siebie.
Tylko wtedy wszystko wokół nabierze barw.

Oddech powoli się normuje, a serce znalazło spokojny dom w mojej piersi. Już nie chce z niej wyskoczyć i uciec.
Głowa przestała boleć. Moje ręce znów są moje.
Jestem w swoim pokoju.
Czuję spokój.
I zadowolenie.
Spokój w piersi napełnia mnie orzeźwiającym napojem radości. Zaczyna rozlewać się po całym ciele. Napływa jakby były w niej małe tańczące promyki.

Komentarze