Jak to jest gotować się we własnym sosie uczuciowym i nie mogąc przestać?
Jak to jest umierać w sobie, ale się nie rodzić na nowo?
Jak to jest zastygnąć i zamrozić się w sobie?
Czy wiesz...?
Codziennie umierałam.
Z każdą sekundą.
Z każdą minutą.
Z każdą godziną.
Bez znieczulenia.
Z pustką i rozpaczą.
Ze złością i autosabotażem.
To tak jakby w środku mnie był szczelnie zamknięty garnek, w którym się gotował sos z wielu składników uczuć. Bąble wrzątku uderzające o pokrywę, które pod wpływem wielkiego ciśnienia, chciały się wydostać. Ale nie mogły.
Trzeba coś zrobić. Inaczej zawartość garnka eksploduje.
Należy przykręcić gaz.
Zmniejszyć temperaturę.
Pobyć w smutku.
A więc
zaufałam sobie,
swoim myślom,
swojemu ciału.
I...
byłam smutna.
Tak po prostu.
Pozwoliłam sobie na to.
Bez żadnych wyrzutów sumienia.
Odcięłam się od świata i ludzi.
Nie odpisywałam na wiadomości, oprócz tych, na które musiałam odpisywać.
Temperatura mojego ciała spadła.
Energi nie było.
Nie robiłam nic.
Albo robiłam.
Ale powoli. Jak ślimak.
Świadomie pogrążyłam się w swoim smutku i przemyśleniach. Na bliskiej przeszłości.
I tylko to się liczyło.
Kiedy miałam ochotę płakać, to płakałam.
To żaden wstyd.
Wręcz przeciwnie
- to siła.
Pozwoliłam sobie na słabość.
I to jest moja siła.
Bowiem nikt nie jest idealny, ani nikt nie jest beznadziejny.
Poczułam w pewnym sensie ulgę.
Większy spokój.
Co będzie dalej?
Nie wiem...

Komentarze
Prześlij komentarz